Niewiele jest tak wciągających historii. A zwłaszcza w świecie science fiction.

Już za kilka godzin rozpocznie się wyczekiwana przez cały świat gala oscarowa. Nie jestem jednak osobą, która zarywa noc i bierze w poniedziałek wolne, żeby obejrzeć to wydarzenie na żywo. Szczerze mówiąc, od kilku lat kompletnie się tym nie interesuję. A mimo to postanowiłem do tego nawiązać, bowiem mam wielkiego faworyta, który…. nie został nawet nominowany.

Kwartał w niedalekiej przyszłości.

Gdy pod koniec listopada zrobiłem bardzo udane zakupy podczas black friday, nawet nie sądziłem, że spędzę 3 miesiące na odkrywaniu smaczków jednego z najlepszych scenariuszy wszech czasów.

Ta historia na pierwszy rzut oka nie powala. W XXII wieku ludzie zaczynają kolonizować układ słoneczny, wskutek odkryć dokonuje się dalszy postęp i pojawiają się nowe możliwości eksploracji galaktyki. W rzeczywistości to tylko kilka słów wstępu do ogromnego świata galaktycznych frakcji, które wskutek zagrożenia muszą się zjednoczyć.

Tak, chodzi o serię Mass Effect, która przez lata opowiadała historię komandora Sheparda – bohatera ludzkości, który obronił galaktykę przed Żniwiarzami, a która w 2017 roku przeniosła nas do galaktyki Andromedy. Bohaterami odległej galaktyki zostali członkowie rodziny Ryderów – pionierów ludzkości, mających za zadanie założenie placówek na „złotych światach”.

Nietrudno się domyślić, że, delikatnie mówiąc, „sprawa się rypła”. Helejos, gromada w Andromedzie i docelowy dom, okazał się nieprzyjazny, a morale przybyłych sięgnęły dna. Po śmierci najważniejszych osób w kierownictwie inicjatywy, wszystko staje na barkach nieopierzonej młodzieży.

Mass Effect znaczy zmasowane emocje

ME: Andromeda zebrał słuszną krytykę z powodu licznych bugów graficznych, problemów z wydajnością (przycięcia na XONE), jednak nie pozwolę powiedzieć ani jednego złego słowa na scenariusz, który jest conajmniej tak dobry jak scenariusz oryginalnej trylogii.

Wielką siłą Mass Effecta jest łączenie intryg, dylematów moralnych, duchowości, i codziennego życia. Niewiele jest scenariuszy, które potrafią połączyć wszystkie te elementy w taki sposób, by w każdym z tych obszarów nieść dostatecznie mocne emocje.

Gdy wraz z Shepardem, Garrusem i Liarą podjąłem rozmowę z Vigilem, proteańską wirtualną inteligencją przeszły mnie ciarki. Kilka dni temu czułem dokładnie to samo, gdy Ryder dowiedział się o prawdziwym celu Inicjatywy Andromeda…

Najnowszej odsłonie serii zarzucano, że brakuje w niej dawnego klimatu. To nie prawda. Fakt, pierwsze kilka godzin gry wydaje się zupełnym odwróceniem od dorobku Bioware, lecz z każdą rozwiązaną zagadką widzimy coraz więcej powiązań z trylogią. Jednak to nie nawiązania do historii pisanej przez Sheparda są najmocniejszą stroną scenariusza. Jest nią wielki, otwarty świat i misje, które są niepowtarzalne.

Grając w dwójkę i trójkę miałem już dość rozbijania kolejnych placówek piratów i Cerberusa. W Andromedzie ten problem nie występuje – każda misja jest inna, nie raz wymagając przemierzenia ogromnych połaci terenu lub przemieszania się po całej galaktyce. Jak w prawdziwym świecie!

Czas na Oscary dla gier

Nie napiszę nic odkrywczego stwierdzając, że Mass Effect scenariuszem i rozmachem w realizacji przebija niejedną hollywodzką produkcję. Co prawda po części wynika to z rozległości światów gier RPG – scenariusz musi zapewnić wiele godzin rozrywki (w Andromedzie spędziem prawie 60h, wykonując około połowę misji pobocznych), w przeciwieństwie do filmu, który mieści się w dwóch godzinach plus reklamy. Z drugiej strony niewiele jest gier, które tak wciągają. Które są tak nieoczywiste i w których świat nie jest czarnobiały. Mass Effect skutecznie to przełamuje.

Implikacją tego powinno być uwzględnienie gier w nominacjach do kategorii najlepszy scenariusz. Choć graczem jestem raczej niedzielnym, to w ciągu życia grałem w kilka, naprawdę genialnych hitów, które niczym, nie ustępują najlepszym produkcjom kina science fiction. Zwłaszcza teraz, gdy możliwości graficzne najlepszych produkcji, nie ustępują (prawie) niczym CGI na potrzeby filmów.

Czy więc doczekamy się kiedyś uhonorowania twórców gier? Nie wiem, choć bardzo na to liczę.

A co z Oscarami w 2018? Szczerze mówiąc nie śledzę nowości na bieżąco. Jestem jednak prawie pewien, że znów będzie skrajnie politycznie. Sądząc po nominacjach w tym roku „uciśnioną” grupą są lesbijki i to Kształt Wody zdobędzie główną nagrodę.

O walorach artystycznych tego filmu nie będę się wypowiadał, dopóki go nie obejrzę. Podejrzewam, że gorszy od Ostatniego Jedi nie jest. Historia zna jednak bardzo przeciętnych zwycięzców, które wpisywały w narrację politycznej poprawności. Mam jednak nadzieję, że w tym roku tak się nie stanie i wygra faktycznie najlepszy.

A Ty? Co sądzisz o Oscarach 2018?