Po lekturze dzisiejszego tekstu prawdopodobnie połowa blogosfery mnie zje, a druga połowa wyśmieje. Zdania jednak nie zmienię i powtórzę jeszcze raz „nie, nie, nie – dziękuję za afiliację”. Dlaczego? Bo jej nie lubię. Powodów jest kilka – począwszy od podejścia do pracy, przez zaufanie czytelników, po względy czysto praktyczne.

Zdecydowałem się na publikację tego artykułu, ponieważ na moją skrzynkę mailową dostaję 1-2 w tygodniu propozycje przystąpienia do programu partnerskiego. Na wszystkie kulturalnie odpisywałem jednak kilka dni temu poczułem się wyśmiany (nie wprost) przez jedną z osób, która próbowała mnie to takiego programu zaprosić i stąd ten artykuł.

Czym są efekty pracy?

Od tego tak naprawdę wszystko się zaczyna. Jeśli górnik wydobywa węgiel to efektem jego pracy jest tona węgla, którą wydobędzie czy jego pensja? Jeśli agent ubezpieczeniowy przygotuje dla klienta polisę to efektem jego pracy będzie umowa, która chroni klienta od ognia, kradzieży i Bóg wie czego jeszcze czy jego prowizja?

Odpowiedzi na powyższe pytania są tutaj kluczowe, bo świadczą o podejściu do pracy. W moim przypadku zawsze skupiałem się na wyprodukowaniu czegoś dobrego (artykuł, strona internetowa, oferta, czy mam nadzieję już wkrótce vlog). To właśnie są efekty mojej pracy. W afiliacji jest na odwrót. Nie ważne jak sprzedaje, ważne żeby dużo i skutecznie.

Ja się na to nie piszę. Po pierwsze dlatego, że nie lubię pisać na blogu czysto sprzedażowo. Robię to dla klientów i wiem, że mają z tego niezłe efekty, ale to nie są teksty moich marzeń. Po prostu nie pasuje mi to do koncepcji.

Uwaga: Zaraz pewnie zapytacie, a co z innymi akcjami partnerskimi na blogu? Otóż odpowiadam, że każda akcja na blogu nastawiona jest przede wszystkim na wartość dla czytelnika, zaś info o partnerze jest odpowiednio wyeksponowane. Taka formuła pozwala mi uniknąć sprzedażowej sieczki, a jednocześnie promować partnera w jakościowym i zasięgowym artykule.

Po drugie planowanie i organizacja pracy

Afiliacja może przynieść zyski i tu nie mam żadnych wątpliwości. Problem w tym, że chcąc osiągnąć odpowiednie efekty (czyt. duże efekty) na blogu moich rozmiarów musiałbym zacząć pisać stricte pod afiliację. Do tego dochodzi odpowiednie planowanie kampanii w social media i sztuczne wspieranie jej, tak, aby z mojego linka ktokolwiek dokonał transakcji. Czy jest to możliwe? Oczywiście, ale mam zasadę – jeśli nie jestem do czegoś przekonany – nie robię tego (w sumie taka zasada to dobre uzupełnienie koncepcji SMART). Tak jest np. z moim newsletterem, który jest kompletnie martwy i tak jest z afiliacją – wolę przeznaczyć czas na zupełnie inne projekty, choć nie wykluczam, że kiedyś podejmę wyzwanie.

Po trzecie zaufanie czytelników

Żeby pozwolić sobie na afiliację, trzeba mieć wysokie zaufanie wśród czytelników. Problem w tym, że kompletnie nie mam pojęcia jak to mierzyć. Przeglądając komentarze i statystyki zakładam, że nie jest źle, ale na obecnym etapie rozwoju bloga, absolutnie nie czuję się żadnym influencerem branży finansowej.

Po czwarte – złe doświadczenia

Praca na prowizji nie jest mi obca i dlatego jest to jeden z głównych powodów, dla którego nie zdecydowałem się na afiliację. Wiem ile trzeba poświęcić i jak marne efekty może to przynieść (i nie mówię tu o pojedynczym przypadku), a dla mnie to wystarczający powód, żeby szukać pieniędzy w innych formach aktywności.

Gdybym chciał sprzedawać afiliacyjne (po swojemu i z odpowiednim wynikiem) musiałbym obniżyć jakość bloga, nadwyrężyć zaufanie czytelników, a pewnie i tak nie osiągnąłbym 1/3 zamierzonych efektów. To nie dla mnie. Blog to inwestycja , a w moim przypadku afiliacja mogłaby obniżyć jej wartość.

A co ty sądzisz o afiliacji?