„Biznes w miesiąc”, „Milion w rok”, „Jeden dziwny sposób na złote góry”. Chyba wszyscy kiedyś spotkaliśmy się z tego typu ofertami. Przekręt nigeryjski, środki na potencję i intratne biznesy bez wychodzenia z domu i „prawie” bez nakładów – na to chyba nikt rozsądny się dziś nie łapie.

Niestety sieciowi „biznesmeni” są coraz bardziej coraz bardziej przebiegli ciągle dopracowują swoje „genialne i niepowtarzalne oferty”. Często działając pod przykrywką ekspertów i „normalnych” interesów nakręcają nas na pomysły mówiąc delikatnie… niepoważne.

Przekręt nigeryjski na nowo

Do stworzenia tego wpisu zainspirował mnie artykuł Agnieszki Skupieńskiej o „zarabianiu w internecie”, a także tekst krótki tekst Marcina Iwucia luźno traktujący o reklamach chwilówek. Choć oba teksty dotyczą różnych zagadnień to oba odnoszą się do łatwowierności i oba zachęciły mnie do ciągnięcia wątku „przedsiębiorczych” internautów.

Rodzimą blogosferę finansową śledzę nie od dziś i wiem, że tworzy ją wielu blogerów, których warto polecić niemal w ciemno (co zresztą zrobiłem we wpisie świątecznym). Niestety wśród ponad 300 pozycji pojawiają się „perełki”. „Niesamowite” biznesy bez nakładów, tropikalne plaże, „cudowne metody zarządzania – czyż nie znamy tego z POTENCJAlnego szumu? Co jest wielką tajemnicą sukcesu? Zapłać mi to Ci powiem.

W Artykule „6 książek ekonomicznych, które warto przeczytać” poleciłem Ci książkę Roberta Kyiosakiego „Biedny i Bogaty ojciec. Aż wstyd się przyznać, że pisząc ten artykuł nie znałem jeszcze prawdziwej historii sprytnego Hawajczyka. Zarabiaj miliony mówiąc o milionach – jakże to proste. Nie ważne czy wcześniej zarobiłeś miliony, czy tez sprzedawałeś hot-dogi na stacji benzynowej. Ludzie chcą chleba, a skoro jest popyt to trzeba wygenerować podaż.

Szukając przykładów w mniejszej skali nie sposób nie natknąć się na wszelkiego rodzaju poradniki o blogowaniu. Całkowicie pomijam tu blogi nastolatek nastawionych na „f$półprace” – to zupełnia inna bajka, odmęty internetu w które chyba jednak większość internautów się nie zapuszcza (dla chętnych polecam przejrzenie grup „blogerskich” na facebooku). Odnoszę jednak nieodparte wrażenie, że po znakomitym merytorycznie, acz trochę chaotycznym poradniku na temat zarabiania na blogu autorstwa Michała Szafrańskiego pojawiła się cała fala podobnych wpisów. To nic, że wielu z tych blogerów nie zrealizowało kampanii za 4 cyfrową kwotę. Ba nawet 3 cyfrowa kwota byłaby nie do pomyślenia – przecież copywriter kasuje za taki wpis 15zł (co od dawna jest nieprawdą), a przecież próbka kremu też jest dobra (co z tego, że można znaleźć ją za darmo w pierwszej lepszej drogerii).

Skalę zjawiska można by rozszerzać na inne dziedziny i wyliczać. Martwi mnie tylko, że tego typu, coraz bardziej przebiegłe, działania znajdują zainteresowanie i poklask wśród, mogłoby się wydawać, coraz lepiej wykształconych i świadomych grup społecznych. Intelektualna sieczka postępuje i dotyka nas na każdym kroku. Nie chcę mówić, że spece od chwilówek już wygrali, a przekręt nigeryjski zmienił się w milionowy biznes z Honolulu, który możesz powtórzyć i Ty! Ale jedno jestem całkowicie pewien – większą wartość ma dla mnie niepewny „startup” grupki studentów projektujących „super nowoczesne aplikacje, bez których nie da się żyć” (a to temat na osobne rozważania) niż ekspert oferujący mi kolejny kurs czy sesję coachingową (brrr), która sprawi, że za kilka miesięcy będę popijał Malibu na tropikalnej wyspie. Niech żyje produkcja, niech żyje mój hydraulik, niech żyje moja fryzjerka. Za „inspiracje” podziękuję – sam zdecyduję jaka jest moja droga.