Prowadzenie własnego biznesu to nie bajka – nie będziesz codziennie podpisywać intratnego kontraktu i nie będziesz zarabiać grubej kasy bez pracy. Niby wszyscy o tym wiemy, ale nie zawsze stosujemy się do najważniejszych zasad. W dzisiejszym wpisie z cyklu „Biznes od zera” opowiem dlaczego poniosłem porażkę w biznesie i jakie wnioski z tego wyciągnąłem.

To jest wpis z serii „Biznes od zera„. Jeśli nie zapoznałeś się jeszcze z poprzednimi wpisami, gorąco zachęcam do ich lektury, gdyż cała seria tworzy spójną całość:
  1. Jak nie płacić ZUS w dwuosobowej spółce z o.o.? – Czyli alternatywne formy prowadzenia działalności
  2. Jednoosobowa działalność gospodarcza bez ZUS – Kto i na jakich warunkach nie musi płacić składek społecznych?
  3. Dlaczego poniosłem porażkę w biznesie? – case study
  4. Jak nie prowadzić firmy? – 5 błędów które popełniłem i które chcę wyeleminować.

Do trzech razy sztuka

To, że chcę prowadzić własną firmę było dla mnie jasne już od dziecka – już od małolata nie miałem pociągu do pracy na etacie. Swoje pierwsze pieniądze zarobiłem mając piętnaście lat sprzedając swoją małą stronę internetową o sprzęcie komputerowym – wówczas nie miałem pojęcia o SEO, marketing to były spamerskie posty na forach internetowych, a jedyną mocną stroną tego serwisu była szata graficzna, która jak na tamte czasy była całkiem przyzwoita (a przynajmniej biorąc pod uwagę strony oparte na darmowych szablonach). Niestety prowadzenie strony szybko mi się znudziło i postanowiłem ją sprzedać za 100zł. Ku mojemu zaskoczeniu kupiec znalazł się w ciągu godziny i tak zarobiłem swoje pierwsze pieniądze. Mimo słomianego zapału kontynuowałem tworzenie stron i pisanie tekstów – sprawiało mi to dużą frajdę, ale nie mogłem znaleźć odpowiedniej tematyki. Z czasem zacząłem jednak się dokształcać, głównie w zakresie pozycjonowania stron i tak zrodził się mój pierwszy pomysł na dorabianie. Wprawdzie wcześniej zdawałem sobie sprawę, że na tworzeniu stron można zarobić, ale nie byłem pewny swoich umiejętności, a nie chciałem przyjmować zleceń nie będąc pewnym czy sobie z nimi poradzę.

Inaczej było w przypadku tekstów – pomimo, że zakładałem średnio 2 strony na kwartał, pisałem również teksty dla zaprzyjaźnionych serwisów (za friko, ponieważ byłem ich fanem :D). Pewnego dnia pomyślałem jednak, że może warto rozejrzeć się za płatnymi tekstami i to było to! Tak właśnie zrodził się mój pierwszy pomysł na biznes – copywriting.

Moje zainteresowanie tematyką SEO okazało się bardzo pomocne, bo wiedziałem już gdzie szukać zleceń. Pewnego dnia dałem ogłoszenie, że wykonam teksty i ku mojemu zaskoczeniu dostałem kilka różnych ofert i tak zacząłem pracę.

„Interes” się kręcił – pojawiali się nowi zleceniodawcy, pieniądze regularnie wpływały na konto, ale pewnego dnia coś we mnie pękło. Chciałem czegoś więcej i tak zrodził się mój pierwszy duży projekt – blog technologiczny. Doświadczenie zdobyte wcześniej pozwoliło mi na przygotowanie ciekawego szablonu, atrakcyjnych artykułów i… oferty dla sponsorów. Mniej więcej w tym samym czasie myślałem nad rozwojem „biznesu” związanego z copywritingiem – „a gdyby tak zatrudnić podwykonawców i zarabiać na pośrednictwie?”. Szybko jednak okazało się, że boję się ryzyka związanego z działalnością w inkubatorze przedsiębiorczości – 250zł opłaty to było bowiem 2/3 mojego wynagrodzenia. Dodatkowo szkoła, blog, zlecenia – wydawało się to nie do pogodzenia. I tak upadł mój pierwszy interes, a zrodził się drugi.

Następną, ponad dwuletnią przygodą był blog. Początkowo nie przynosił żadnych korzyści, ale z czasem zaczęły się kontakty z agencjami PR i testy sprzętu. Zarobek był niewielki (czasem został jakiś tańszy sprzęt i wpadły do kieszeni dwie stówki), ale nie zniechęcałem się – wreszcie robiłem coś co lubię. Mniej więcej po 8 miesiącach prowadzenia bloga pojawiły się również pierwsze oferty sponsorskie i tak przez ponad rok zarabiałem na nim około 200-400zł miesięcznie. Jako licealista nie miałem dużych potrzeb i te pieniądze wystarczały na pokrycie moich wydatków, ale nie zawsze udało się odłożyć na większy cel. Z kolei kwoty zarabiane na blogu były zbyt małe by ryzykować inwestowanie w ten „interes”, nie mówiąc już o założeniu firmy. Bloga sprzedałem za jakieś grosze (o ile pamiętam za mniej niż 1000zł) i tak upadł drugi biznes.

Przestałem blogować przed maturą – później zajmowałem się drobnymi zleceniami na teksty, ale rynek się zmienił – było coraz trudniej o zdobycie zleceń, a stawki rzędu 1zł/tekst przestały mnie interesować. Dodatkowo do zacząłem aktywnie działać społecznie i politycznie, więc czasu na pracę było mniej – tak minął prawie rok, na prawie bezrobociu. Później było nieco lepiej, ale wciąż nie było mowy o własnym interesie – zorganizowanym, z konkretną ofertą, cennikiem i pracownikami. Aż do teraz. Tak rodzi się biznes numer 3.

Dlaczego poniosłem porażkę w biznesie?

Analiza mojego dotychczasowego zawodowego życia pokazała mi dwa podstawowe błędy. Są to:

  • Zbyt mała skłonność do ryzyka
  • Nieoptymalne decyzje

To właśnie zachowawczość sprawiła, że nie usystematyzowałem działalności związanej z copywritingiem, zaś zbyt duża ufność, że zarobię na blogu sprawiła, że wyszedłem z łatwiejszej (dla mnie) w trudniejszą branżę. W efekcie podjąłem ryzyko, którego nie chciałem podejmować i kto wie – być może straciłem wielu klientów i szansę na wcześniejsze wypłynięcie na szerokie wody. To jednak nie wszystko, bowiem znaczący wpływ na obniżenie efektów miała słaba organizacja pracy, która spowodowała, że wykonywanie czynności około zarobkowych zajmowało mi zbyt wiele czasu.

Niestety tak się nie da – własny biznes wymaga wyjścia ze strefy komfortu. Chcąc prowadzić działalność gospodarczą musisz działać optymalnie w każdym calu. Każda niewłaściwa decyzja lub stracona minuta na zbędną czynność zmniejsza Twój zysk, tak jak zmniejszyła mój i doprowadziła do sytuacji, że dwie dobre okazje zostały przeze mnie zmarnowane. Mam jednak szczęście, bo udało mi się namierzyć błędy i wprowadzić konkretne usprawnienia.

Jakie usprawnienia wprowadziłem?

Choć na nowo w „biznes” we właściwym tego słowa znaczeniu wszedłem zaledwie kilka tygodni temu, to przygotowania rozpocząłem znacznie wcześniej. W tym czasie wprowadziłem szereg usprawnień w swojej pracy, dzięki czemu jestem lepiej zorganizowany i lepiej radzę sobie z podejmowaniem ryzyka. Do najważniejszych zmian jakie wprowadziłem należą:

  • Wykorzystanie odpowiedniego oprogramowania – Gdy rozpocząłem korzystać z kalendarza, programu OneNote, o którym niedawno pisałem oraz programu pocztowego poświęcam zauważalnie mniej czasu na standardowe czynności związane z prowadzeniem bloga, zarządzaniem mailami i planowaniem dnia. Ponadto zacząłem używać chmury i zsynchronizowałem swoje urządzenia. Obecnie szykuję się także do wdrożenia systemu CRM, który pozwoli mi lepiej zarządzać zadaniami związanymi z prowadzeniem interesów. Niby to niewielka zmiana, ale pozwoliła mi zaoszczędzić mnóstwo czasu.
  • Notowanie i tworzenie list „to do” – notuję więcej i szybciej – z pozoru błahych rzeczy, ale dzięki temu lepiej organizuję czas. Notatki i listy zadań przydają się zwłaszcza gdy jest dużo rzeczy do zrobienia i nie wiadomo od czego zacząć.
  • Lepsze zrozumienie ryzyka – tutaj pomogły mi studia. Wiedza teoretyczna znacząco zmieniła moje podejście do ryzyka i od pewnego czasu widzę dobre efekty. Decyzje podejmujemy na każdym kroku, a dzięki poprawie mojego procesu decyzyjnego jeszcze bardziej zwiększyłem ich użyteczność.
  • Więcej czasu wolnego – zaskoczenie? Nie dla mnie – kiedyś pracowałem dużo i po pewnym czasie spadały efekty. Teraz pracuję mniej, ale wydajniej. Jeśli tylko masz taką możliwość, Tobie też to polecam. W moim przypadku zmiana jest widoczna nie tylko w efektach pracy, ale również w samopoczuciu.

FuckUp Nigths

O tej inicjatywie dowiedziałem się niedawno z bloga Aleksandry Harasiuk. Aby nie powielać tego samego dwa razy, powiem w skrócie – chodzi o to by opowiadać o swoich porażkach i uczyć się na cudzych błędach. Początkowo inicjatywa powstała w Meksyku, ale w Polsce również odbywają się takie spotkania (w Warszawie, Krakowie, Lublinie, Poznaniu i Trójmieście).

Mam nadzieję, że tym artykułem dałem Ci do myślenia. Praca musi być efektywna! Na koniec mam dla Ciebie zadanie domowe – zrób porządek na pulpicie i swoich plikach. To drobiazg, a naprawdę pomaga. Proszę cię także o pozostawienie komentarza i podzielenie się Twoimi sposobami na zwiększenie efektywności pracy lub Twoją historią dotyczącą porażki lub sukcesu w biznesie 🙂